- Cholera, boli…
- Powinna pani i tak uważać się za naprawdę wielką szczęściarę – jak przez mgłę usłyszałam nad głową głos lekarza. Pamiętałam, że był wysoki i lekko szpakowaty, ale teraz, po tym głupim Jasiu, którego mi zaaplikowali, widziałam wszystko jak przez mgłę. Zastrzyk popsuł mi wzrok, ale nie zrobił nic, żeby pomóc choć trochę przytępić ten rwący ból w klatce piersiowej i ramieniu, nie licząc sporej liczby zadrapań na całym ciele. Kto by pomyślał, że pękająca szyba może wywołać takie spustoszenie…
Lekarz się przemieścił i przesłonił mi światło. Zamrugałam oczami, starając się dostrzec coś więcej, niż tylko zamazane kontury.
Do pokoju zabiegowego wszedł ktoś jeszcze. Poczułam słabą woń kawy połączoną z zapachem spalin samochodu.
- I jak, doktorze? Da radę zeznawać?
Usłyszałam, jak lekarz wzdycha ze zniecierpliwieniem.
- Widzi ją pan? Czy ta kobieta wygląda, jak ktoś, kto jest zdolny odpowiadać w tym momencie na jakiekolwiek pytania?
Musiałam przedstawiać sobą naprawdę obraz nędzy i rozpaczy, skoro zostałam przedstawiona w tak dramatyczny sposób, pomyślałam z wisielczym humorem, próbując zmienić pozycję ścierpniętej ręki. To był błąd, którego postanowiłam za szybko nie powtarzać. Ból, ostry, promieniujący na całe ciało, zastopował przez chwilę wszystko inne i przez moment myślałam, że znów straciłam przytomność. Ale gdzieś obok mnie ciągle słyszałam głosy lekarza i policjanta, ciche, niemal bezszelestne dreptanie pielęgniarki, a także pikanie maszyn, które pompowały w moje żyły coś, co miało pomóc mi wrócić do pełni sił.
- Ale ona przeżyje, prawda?
Na pytanie policjanta mogłam odpowiedzieć sama, gdyby nie ten piekielny strach przed nowym paroksyzmem bólu. Wiedziałam, że będę żyć. Rany, choć bolesne, to jednak z pewnością nie mogły sprawić, że ktoś tak zahartowany jak ja, mógł odejść z tego świata. Trzeba być twardym, a nie miętkim…
Zaaplikowany lek w końcu zaczął działać, jak powinien. Na pograniczu jawy i snu, gdzie się znalazłam, słyszałam, jak lekarz wypytuje policjanta o szczegóły mojego wypadku. Choć się starałam, to mogłam wyłapać tylko poszczególne słowa z tej opowieści. Jak na przykład autobus. Pamiętałam ten intensywny błękit, który nagle wyrósł mi przed oczami, niczym ściana, wgniatając się w maskę mojego samochodu jak taran. Słyszałam dźwięki klaksonów, głośne, niemal wwiercające się w czaszkę, nawet teraz. A potem już nic. Zupełnie, jakby ktoś zasłonił wszystko czarną jak smoła kurtyną…
Otworzyłam na chwilę oczy, kiedy poczułam, że lekarz znów stoi przy moim łóżku. Ciemna plama na tle jaśniejszego światła.
- Siostro, proszę podać pani jeszcze jedną dawkę środka nasennego. Powinna wypocząć.
Tym razem zadziałało błyskawicznie. Chcąc, czy nie chcąc osunęłam się w lepką ciemność, która pochłonęła mnie i mój ból.
Nie wiem, jak długo spałam. Może kilka minut, godzin, może kilka dni. Ciało miałam tak strasznie zdrętwiałe, że nie było na nim miejsca, gdzie nie spacerowałoby tysiące maleńkich mróweczek. Ostrożnie otworzyłam oczy.
- Budzi się…
Tego głosu nie pamiętałam. Co więcej, nigdy wcześniej z pewnością nie słyszałam.
- Siostro, ona się budzi!
- Pić – wyszeptałam. Sahara w moich ustach była niemal nie do zniesienia – czy mogę prosić trochę…wody?
Czyjaś ręka delikatnie przybliżyła mi kolorową rurkę, z której zazwyczaj piją dzieci. Moje obolałe żebra jęknęły w proteście, kiedy wzięłam za duży wdech, pragnąć pociągnąć ku sobie większy łyk ożywczej wody. Jeden, potem drugi. Posucha zniknęła, a ja poczułam, że wracam do świata żywych.
Przymknęłam oczy, bo ostre światło potęgowało tylko ból.
- Siostro, można nieco zmniejszyć jasność w tym pokoju? Zdaje się, że razi ją zbyt mocne światło.
Poczekałam, aż otuli mnie łagodny półmrok i dopiero wówczas zerknęłam na właściciela tajemniczego głosu. Siedział przy łóżku, z ręką opartą nonszalancko na kolanie, choć w jego postawie raczej nie było nic nonszalanckiego. Raczej pełna gotowość do czynu.
- Obudziła się pani? Jak dobrze…
- Kim pan jest? – wychrypiałam – i co pan tu robi?
Nie otrzymałam odpowiedzi. Nieznajomy podał mi znów rurkę do ust i posłusznie pociągnęłam parę łyków ożywczego napoju.
- Co pan tu robi, do cholery?
- Chyba mnie pani nie pamięta…
- A powinnam?
- Hmmm…Nie pamięta pani wypadku? No jasne – odpowiedział sam sobie – lekarz mówił, że może wystąpić u pani częściowa amnezja.
- Pamiętam wypadek, ale pana nie, więc proszę przestać mi tu mydlić oczy, tylko powiedzieć, kim pan jest!
- No cóż…Mogę powiedzieć, że to, jakby przeze mnie tu się pani znalazła.
- I przyszedł pan mnie dobić? Jak miło…
Mój żarcik raczej go nie rozśmieszył.
- To był wypadek – zaakcentował ostatnie słowo tak, żebym na pewno zrozumiała, co mówi – nie chciałem w panią uderzyć.
- Więc co ja tutaj robię, pana zdaniem, leżąc owinięta bandażami jak baleron?
- Jakiś wariat jechał pod prąd, próbowałem go wyminąć. Pani jechała drugim pasem, a ja żeby uniknąć zderzenia czołowego musiałem zajechać pani drogę. Myślałem, że pani samochód po prostu omsknie się po karoserii autobusu, ale za szybko pani jechała i …
- Aha, więc to moja wina, tak?
- Mówiłem już pani, że facet jechał pod prąd, co miałem zrobić, iść z nim na czołowe? Zostałaby z niego mokra plama. A pani żyje.
Och, jaką miałam wielką ochotę przywalić w jego wielki łeb…
- I hura, wszyscy się z tego cieszą, tak? Jedyna potencjalna ofiara jakoś przeżyła, alleluja wszyscy tańczą mambo…
Poruszyłam się trochę za szybko i błyskawica bólu przeszyła mnie na wylot. Zanim zdążyłam ochłonąć, mój oprawca zdołał już przywołać pielęgniarkę.
- Ją boli, proszę dać jej coś przeciwbólowego.
- Nie chcę... – zaprotestowałam.
- Ale…
- Ma pan świadomość, co się czuje po takim głupim Jasiu? Już wolę trochę pocierpieć.
Usłyszałam cichy śmiech pielęgniarki.
- Ta pani chyba reaguje trochę za mocno na nasze leki przeciwbólowe. Podam jej coś łagodniejszego.
- Najlepiej od razu mnie dobijcie. Dla tego pana to nie pierwszyzna.
- Mówiłem pani, że jest mi przykro!
- Nie, nie mówił pan!
- No to mówię teraz!
- Siostro, kiedy będę mogła wstać, żeby dokopać temu panu? Denerwuje mnie.
Pielęgniarka nie miała zamiaru odpowiadać na moje pytanie. Zmierzyła nas oboje surowym wzrokiem, który kojarzył mi się z moją starą i bardzo nielubianą nauczycielką matematyki.
- Panie Cavani, w szpitalu się nie krzyczy – upomniała surowo mojego dręczyciela – a pani, panno Medeiros, też nie powinna się tak unosić.
- To on zaczął!
- To ona zaczęła! – niemal w tym samym momencie odezwał się mój prześladowca – ja chciałem tylko dowiedzieć się, czy nic jej się nie stało. Przepraszam, jeśli zakłóciłem spokój szpitala. Pójdę już…
Opadłam na poduszki, słuchając jego oddalających się kroków. Sumienie go gryzło, pomyślałam kąśliwie, i bardzo dobrze. Może w końcu nauczy się, że jazda samochodem to nie przelewki. Co ja mówię, pomyślałam, kiedy kolejny obraz, wspomnienie, przewinęło mi się przez głowę. Ten idiota wjechał we mnie autobusem!
Musiałam mieć wypisane niedowierzanie na twarzy, bo pielęgniarka pokręciła tylko głową i sięgnęła po strzykawkę.
- Oj, widzę, że się pani zdenerwowała. Zaraz coś na to poradzimy.
Mój organizm przyjął lek tak szybko, że nie miałam możliwości nawet zaprotestować. Po chwili wizja niebieskiego autobusu, który zbliżał się do mnie z prędkością światła, została zasłonięta przez znajomą mi już czarną kurtynę…
- Znów pan tu jest?
Słowo daję, nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak napastliwie. Po przeanalizowaniu naszej wczorajszej rozmowy, która, jeśli mam być szczera wobec samej siebie, brzmiała jak kłótnia dwojga niewyrośniętych dzieci - szczeniaków, stwierdziłam, że jeśli, ale tylko JEŚLI pan Kiepski Kierowca Autobusu znów zawita w progi szpitala, będę dla niego nieco milsza. W końcu żyłam, prawda? A mógł mnie zabić…
Teraz moje pytanie, nie za bardzo miłe i grzeczne, zawisło w próżni. Chyba nie spodziewał się, że nie śpię. Nie dziwiłam mu się. Spanie to była czynność, którą uprawiałam ostatnio nader często.
Ładnie pachniał. Albo ma dobry nos do perfum, albo muszę pogratulować jego dziewczynie/żonie/konkubinie – niepotrzebne skreślić. Zapach, jakiego używał, był inny, niż ten, który czułam ostatnio, mimo to wiedziałam, że to ten facet z morderczego autobusu.
Otworzyłam oczy i jęknęłam. Pielęgniarka znów dała mi środek, po którym nic nie widziałam!!!
- Wygląda pan jak rasowy morderca – powiedziałam, kiedy pochylił się w moją stronę, żeby podać mi wodę – a ja, bezbronna ofiara…O Boże, co ja gadam…
Głupi Jaś działał w najlepsze. Zamrugałam oczami, żeby pozbyć się tego dziwnego uczucia i przez jedną setną część sekundy zobaczyłam jego twarz. Aż się zachłysnęłam.
- Jak widzę, pan też nie pozostał bez śladu po tym wypadku…
- To nic w porównaniu z panią. Ciągle boli?
- Faszerują mnie tyloma lekami przeciwbólowymi, że już nie jestem pewna, czy boli, czy nie. Szyli pana?
- Tak, ale założyli tylko trzy szwy. Nic takiego.
- Seksowna ta blizna – słowo daję, gdybym mogła podnieść teraz rękę, zasłoniłabym sobie usta, żeby nic tak głupiego już się z nich nie uwolniło. Albo walnęłabym się w twarz…
- Przepraszam, to te leki, robią mi wodę z mózgu – wymamrotałam, czując, że po mojej twarzy przepływa fala gorąca – nie spytałam wcześniej, ale chyba nikomu nic się więcej nie stało, prawda?
- Oprócz pani i mnie nikt nie został przetransportowany do szpitala, ale tylko pani w nim została. Mnie wypuścili po półgodzinie, kiedy założyli szwy.
- To chyba dobrze…
Nie odpowiedział.
- Nie ma pan ochoty dziś znów na mnie nawrzeszczeć? – zażartowałam próbując zagłuszyć tę dziwną ciszę, jaka nagle zapadła pomiędzy nami – obiecuję, że nie poskarżę się pielęgniarce…
- Przepraszam, zamyśliłem się. I przepraszam za to, że ostatnio trochę się…uniosłem. Naprawdę, nie chciałem zrobić pani krzywdy.
- Myślałam, że pan już tu nie zajrzy – czasami, naprawdę powinnam cierpieć na jakieś zaniki mowy, pomyślałam z rozpaczą – to znaczy, chciałam powiedzieć, że ja też nie byłam dla pana zbytnio miła. Oskarżając pana…
- Może skończmy z tym pan i pani, co? Na imię mi Edinson.
- Edinson? Jest pan Hiszpanem?
- Urusem, a ty?
- Pyta pan, przepraszam, pytasz o moje pochodzenie, czy o imię?
- Najlepiej o jedno i drugie.
- Carlota. Wenezuela.
- No to można powiedzieć, że jesteśmy sąsiadami. Z jednego kontynentu.
- Faktycznie ,niezłe to sąsiedztwo – zaśmiałam się lekko i od razu odezwały się moje powypadkowe rany. Kątem oka zauważyłam obok ruszającą się plamę – nie waż się wzywać znów pielęgniarki!
Powstrzymałam go w ostatniej chwili, bo już był dwa kroki od drzwi.
- Dlaczego?
- Bo nie zniosę więcej faszerowania mnie tym cholerstwem! Czuję się, jak w psychiatryku, jeszcze trochę i zaczną mnie karmić puree z owoców i skończę jako wariatka w domu bez klamek. Nie wołaj nikogo! A o to, że boli, się nie martw. Przejdzie prędzej, czy później.
- Jesteś pewna?
- Jak niczego innego na świecie. Siadaj wreszcie. Szyja mnie boli, jak muszę ją podnosić zbyt wysoko.
Posłusznie usiadł na swoim dawnym miejscu. I znów zapadła ta dziwna cisza. O czym ja mam rozmawiać z tym wielkim jak góra facetem, który też chyba nie kwapił się do jakiejkolwiek formy konwersacji?
- No to, Edinson, może powiedz mi cos o sobie…
- Nie ma nic ciekawego do opowiadania.
- No to znajdź jakiś ciekawy temat do rozmowy, bo ja zaraz zasnę.
- Pielęgniarka mówiła…
- Daj spokój już z tą pielęgniarką – zdenerwowałam się nieco – chyba wiem, co jest dla mnie dobre, prawda? No to opowiadaj, co cię sprowadza do słonecznej Brazylii…
- A ciebie?
- Ja pierwsza zadałam pytanie.
Słyszałam, ja wzdycha – Carlota, wiesz, jaki mamy dziś dzień?
- Piętnasty czerwca, tak przynajmniej powiedziała mi dziś pielęgniarka.
- I nie wiesz, co się teraz dzieje w Brazylii?
- Wiem co się dzieje w Brazylii – odpowiedziałam mu z irytacją – chyba tylko tłumok by tego nie wiedział, trąbią o tym w każdej telewizji. Można powiedzieć, że to przez ten cholerny mundial udało mi się wylądować w tym szpitalu!
- A nie przeze mnie?
- Ty tylko we mnie wjechałeś. Szef wysłał mnie tu, żebym zrobiła jakiś fajny reportaż.
- Czyli dziennikarka…
Otworzyłam usta, żeby się odgryźć, kiedy coś sobie uświadomiłam. Mianowicie, że wyciągnął ze mnie to, co chciał, a sam…
- No dobra, skoro mnie już rozgryzłeś, teraz twoja kolej.
- Edinson. Cavani. Urugwaj. Mówi ci to coś?
Mówiło.
- Na żywo wyglądasz zupełnie inaczej, niż w telewizji – zauważyłam, choć widziałam tyle, co nic. Bazowałam tylko na tym, co przez mgnienie oka widziałam w chwili mojej pełnej możliwości wzrokowej – myślałam, że piłkarze mają swoich kierowców, a nie szlajają się po obcych drogach taranując niewinne kobiety…
- Cóż, nagle zachciało mi się nauczyć prowadzić coś większego niż osobówka. Na twoje nieszczęście, ktoś, kto się na tym zna trochę lepiej, się na to zgodził…
- No to pięknie. Zginęłabym przez nieopierzonego kierowcę autobusu. Co ja mówię, adepta.
Roześmiał się, pierwszy raz, odkąd go poznałam. Z niewiadomych przyczyn zrobiło mi się cieplej na sercu.
- No – zaczęłam dziarsko, żeby nie zastanawiać się nad tym dziwnym, ale miłym uczuciem, jakie mnie ogarnęło – to jak wygląda dzień wielkiego piłkarza? Wieczny trening? Czy może wasz trener pozwala wam na chwile zapomnienia?
Znów cisza. Wyłapywałam w jego zachowaniu coś, co można nazwać tematem tabu. Niemal widziałam (choć byłam ślepa przez te cholerne leki), jak krzywi się za każdym razem, kiedy wspominam choć słowo o tym, co działo się na boisku…
Ok, nie chce, to nie będziemy o tym rozmawiać…
Do tej pory nie lubiłam ciszy. Kojarzyła mi się z czymś niebezpiecznym, czymś, czego trzeba się bać. Cisza przynosiła zagrożenie, bo człowiek był w niej zupełnie nieprzygotowany na to, co może się stać…
Ale przy nim lubiłam milczeć. Nawet jeśli to on narzucał tę ciszę…
- Gdyby moi znajomi mnie teraz widzieli…
Przełączyłam na następny kanał. Piłka nożna. Kolejny. Nadal piłka. I znów to samo. Gdybym miała więcej siły, pilot od telewizora już roztrzaskałby się na ścianie. Na bardzo drobniutkie kawałeczki. Pasmo mundialowych meczy denerwowało mnie. Przypominało, że powinnam tam być, uczciwie doginać, robiąc wywiady z tymi świrami latającymi po boisku, a nie wylegiwać się w szpitalnym łóżku. Powinnam działać, robić coś, uczestniczyć w tym, co się dokoła mnie działo…
Podjęłam trzecią próbę znalezienia czegoś do obejrzenia w brazylijskiej TV. Bez skutku. Za to znalazłam kolejny kanał, gdzie pokazywali, uwaga, nowość, skróty meczów. Widziałam, jak mój nowy znajomy podchodzi do piłki, pewnie uderza, i bramkarz jest bez szans. Widziałam również, jak chwilę później jego drużyna dostaje kolejno trzy bramki…Nic dziwnego, że podczas ostatniej wizyty nie tryskał humorem.
- Mogę wiedzieć, o czym myślisz?
- Myślę o tym, co ty tu, do cholery, robisz i za nic nie mogę dojść do jakichś konkretnych wniosków.
Widzę, że znów śmieje się pod nosem słysząc moją odpowiedź. Robi to tak często, że przestaje mnie to już nawet denerwować. Ale on nie musi o tym wiedzieć, więc wzdycham z irytacją.
-Mówię poważnie, podobno gracie tu mundial, a ty bawisz się w jakąś pokręconą siostrę miłosierdzia. Nie znam się aż tak na piłce nożnej, ale wydawało mi się, że żeby osiągać dobre wyniki, trzeba troszkę poćwiczyć. Popraw mnie, jeśli się mylę.
- Wolisz siedzieć, albo leżeć sama i gapić się na ściany?
Wiedział, drań jeden, że nienawidzę tego jak niczego innego. Spędziłam w szpitalu tylko kilka dni, a czułam się tu gorzej, niż gdyby zamknęli mnie w więzieniu. Moja mina musiała być w tym momencie bardzo wymowna, bo tylko poklepał mnie po ręce.
- No widzisz, po prostu dotrzymuję ci towarzystwa, przy okazji sam dobrze się bawiąc. A o moje trenowanie się nie martw. Mam go i tak wystarczająco.
Zignorowałam, nie po raz pierwszy zresztą, wielką chęć dokopania mu w ten jego zgrabny, ale denerwujący tyłek. I tak nie byłoby to możliwe przy mojej obecnej dyspozycji. Bardziej skupiłam się na czymś innym, mianowicie na ręce Edinsona, ciągle spoczywającej na mojej dłoni. I tym dziwnym, ale miłym cieple, które rozchodziło się właśnie falami od tej ręki po całym moim ciele. I tym, jak…
- Wiesz co, lepiej już idź – wymamrotałam – i poproś pielęgniarkę, żeby dała mi coś na spanie.
Oto, jak można w szpitalnych warunkach powiedzieć „sp....laj”. Zabrał rękę a mnie momentalnie zrobiło się zimno.
- Mówiłaś, że nie lubisz tych zastrzyków…
- Ale czuję, że ich dziś potrzebuję bardziej, niż zazwyczaj – z lekkim trudem ułożyłam głowę na poduszce tak, żeby na niego nie patrzeć – po prostu…zrób to, o co proszę, dobrze?
Przez chwilę myślałam, że mnie przejrzał i jednak zostanie. Właściwie cieszy mnie to, choć z drugiej strony wolę przeciąć to, cokolwiek to było, w ścisłym zarodku, niż potem cierpieć. Skończą się odwiedziny, skończy moja radość, ile razy zobaczę jego twarz, te chwile ciszy, jakie nas łączyły.
Czuję wokół siebie ruch powietrza. Zaciskam mocniej powieki słysząc jego kroki zmierzające w stronę drzwi. Po prostu wychodzi. Bez słowa. Ale też nie spodziewałam się, że usłyszę od niego jakieś ckliwe pożegnanie.
Kiedy po jakimś czasie do pokoju zagląda pielęgniarka, witam ją z lekkim uśmiechem doskonale maskującym mój nieco rozedrgany stan ducha.
- Dobrze, że pani przyszła. Proszę przygotować mi wypis ze szpitala.
- Co, proszę???
- Wypis – powtórzyłam cierpliwie – chcę wyjść. Na własną odpowiedzialność.
- Doktor się nie zgodzi…
- Równie dobrze mogę bawić się w leżakowanie w domu, jak tutaj – przerywam jej trochę niegrzecznie – i też będę mieć zapewnioną opiekę, proszę się nie martwić. I wreszcie będę mogła trochę popracować nad materiałem, mój operator nakręcił tego tyle, że do Bożego Narodzenia się z tego nie wyplączę.
- Czy pani zwariowała? W pani stanie nie może się pani przemęczać!
- Wiem, co mogę, a czego nie. Czy może pani zawołać doktora? Z pewnością przyzna mi rację, szczególnie, jeśli zapewnię go, że będę się oszczędzać…do pewnego stopnia, oczywiście.
Pielęgniarka patrzy na mnie, jakbym utopiła jej ukochane zwierzątko w łyżce wody. Prawdę powiedziawszy, jest mi trochę przykro, ale są czasem sytuacje, kiedy trzeba być nieco oschłym.
- I jeszcze jedno, siostro. Bardzo proszę nie udzielać nikomu żadnych informacji na mój temat. Żadnych i nikomu, jasne?
Na szczęście tę informację pielęgniarka przyswaja sobie bez trudu. Wychodzi, a ja wzdycham z ulgą. Teraz pozostaje mi tylko wykonać parę telefonów…
- Powinnaś starać się o odszkodowanie, facet jest bogaty jak Krezus, mógłby ci odpalić kilka milionów za trwały uraz na zdrowiu…
- Nie mam trwałego urazu, idioto!
- …i na psychice – Jorge posyła mi znaczące spojrzenie w lusterku, jakby pytając, czy temu też zaprzeczę. Dyplomatycznie milczę.
- Ale naprawdę powinnaś go oskubać do złamanego peso.
- Oni tam mają euro. I zmilcz wreszcie – ucinam jego spekulacje i udaję, że śpię. Dzięki temu mam spokój na resztę podróży do mojej chwilowej przystani życia, jaką jest małe mieszkanie, które nasza telewizja wynajęła swoim pracownikom w liczbie sześciu chłopa i dwóch dziewczyn, na okres mundialu. Ośmioro żądnych sensacji ludzi zamkniętych ze sobą na osiemdziesięciu metrach kwadratowych…A wśród nich ja, ofiara wypadku. Zapowiada się ciekawe zdrowienie…
- Dzwoniłem do redakcji – słyszę, kiedy jesteśmy prawie na miejscu. Jorge patrzy na mnie przepraszająco, bo wie, że się wkurzę, kiedy usłyszę to, co ma mi do powiedzenia - i jednak obiecali, że przyślą kogoś na twoje miejsce. Także wiesz, nie musisz się przemęczać. Naczelny kazał cię pozdrowić i powiedział, że masz się wykurować, a nie latać z nami na mecze. Fajnie, nie?
Patrzę na niego, jakby mówił do mnie po chińsku. Fajnie? Co on, kurde, z księżyca spadł? I co ja niby będę robić, skoro zabraniają mi pracować? Nie odzywam się, tylko powoli wyłażę z auta. Jestem wkurzona. Mega wkurzona. I bardzo chciałabym, żeby pewien Kiepski Kierowca Autobusu był teraz przy mnie…
Kilka miesięcy później…
- Nie wiem, jak ty, ale ja mam ochotę się napić – słyszę nad uchem zrezygnowany głos Jorge – nie wytrzymam tu ani minuty dłużej. Ile jeszcze mamy czekać na tych oficjeli?
- Możesz przestać jojczyć? Usiłuję się skupić…
- Przyznaj sama, że obaliłabyś teraz z rozkoszą jakiegoś Carlsberga.
Udaję, że nie słyszę pytania, ale wizja takiego zimnego napoju sprawia, że jest mi jeszcze bardziej gorąco. Słońce praży tak, że operatorzy stojący pięć metrów ode mnie zaczynają mi tańczyć przed oczami, Wyciągam drugie, ciemniejsze okulary przeciwsłoneczne i zakładam je na nos, ale potęguje to jeszcze bardziej ból głowy, z jakim się dziś obudziłam.
Denerwuję się, a psioczący mi nad uchem Jorge wcale mi nie pomaga. Tym bardziej, że mam świadomość, że porywam się na coś, co może zakończyć się źle, i to przede wszystkim dla mnie samej.
Kiedy uroczystość się zaczyna, w końcu mogę odetchnąć i skupić się na pracy. Do czasu, kiedy spiker wyczytuje kolejno nazwiska nominowanych zawodników. Próbuję zająć strategiczne miejsce z tyłu, ale Jorge traci cierpliwość i ciągnie mnie do przodu.
- Co ty odwalasz? Chcesz mieć ten reportaż, czy wolisz opieprz od szefa? Nie po to smażyłem się na skwarek w tym upale, żeby teraz koncertowo schrzanić zdjęcia!
Na dokładkę dostaję mocny cios kamerą w bok i zostaję ustawiona dokładnie na wprost wejścia, skąd za sekundę wyjdą zawodnicy. Najlepsi piłkarze ligi, w tym pewien pan, którego poznałam jakiś czas temu, który o mało mnie nie zabił i o którym myślałam trochę za często, niż to było normalne.
Co prawda minęło już trochę czasu, nie powinien mnie poznać, to prawie niemożliwe, żeby mnie poznał…
Z przyzwyczajenia chcę sięgnąć do włosów, kiedy przypominam sobie, że teraz są krótkie. Zbyt krótkie, żeby nawijać je na palec. I dużo jaśniejsze, niż rok temu. Jestem bezpieczna. Po prostu podejdę tam i zrobię swoją robotę, może nawet przeprowadzę z nim wywiad, i potem będę się mogła śmiać ze swojego zdenerwowania…
- I oto oni, proszę państwa, drużyna roku według France Football…
Widzę jego ciemne włosy, jak zwykle niesfornie ułożone, jakby zaraz po prysznicu przeczesał je tylko palcami nie przejmując się nimi więcej. Jest wyższy, szczuplejszy, ale może to wina garnituru i tego, że do tej pory ja widywałam go przeważnie leżąc. Słyszę jego śmiech, jego głos…
- Carlota, do ciężkiej jasnej, co się z tobą dzieje? Kręcimy!
Posłusznie podtykam mikrofon pierwszemu zawodnikowi, a Jorge kręci jak szalony. Wszystkie pytania, starannie przygotowane przed uroczystością, wypływają z moich ust jak solidnie wyuczony wierszyk. I jest tak, aż do chwili, kiedy od Edinsona dzieli mnie tylko dwie osoby. Jedna. Zerkam na Zlatana, który zasłania mnie skutecznie przed wzrokiem Cavaniego. Jest tak wielki, że ja, nawet w dziesięciocentymetrowych szpilkach, sięgam mu zaledwie do brody. Dzięki temu Cavani mija mnie i kieruje się do reporterki stojącej metr dalej. W duchu zwijam się z ulgi.
- Ej – słyszę głośny syk nad uchem – czy to nie twój morderca z autobusu? Czemu go nie zawołałaś? Mamy mieć wywiady z wszystkimi, WSZYSTKIMI zawodnikami, Carlota. Nie wiem, co się dzisiaj z tobą dzieje, ale bierz się w końcu do jakiejś sensownej roboty, bo szef nas udupi na amen…Auuuu! Złaź z mojej stopy, wariatko!
Za późno. Niczym w zwolnionym filmie akcji widzę, jak Cavani odwraca się w naszą stronę i już wiem, że włosy i okulary na niewiele się przydały. Cavani zostawia swoją rozmówczynię z otwartą buzią, w środku wywiadu i w dwóch krokach znajduje się obok mnie. No to się zaczyna…
Czuję, jak kamera Jorge kręci mi się nad uchem, kierując się raz na mnie, raz na Edinsona. On sam stoi nade mną jak góra, patrząc tak, że nie mogę odgadnąć, co mu chodzi po głowie. Ale chyba nie są to fajne rzeczy…
- Gratuluję dostania się do jedenastki sezonu – zaczynam. Głos drży mi tak, jakbym wciągnęła za dużo gazu rozweselającego – jak się pan czuje z tym, że…
Mój głos przechodzi prawie w pisk. Cavani nadal się nie odzywa. Patrzy. Ja denerwuję się coraz bardziej. I błagam go wzrokiem, żeby nie robił awantury przy tylu ludziach. Widzę, że chyba ma na to ochotę. Cała sytuacja trwa może kilka sekund, ale jak dla mnie, to godziny. Oddycham z ulgą i trzęsącymi się rękoma podtykam mikrofon następnej osobistości. Mój głos w końcu brzmi normalnie, za co jestem wdzięczna losowi. A Cavani odchodzi ze Zlatanem w stronę podium.
- Cześć.
- Cześć.
I cisza. Stoimy jak idioci po obu stronach hotelowych drzwi, patrząc na siebie i nie wiedząc, co mamy powiedzieć. Przynajmniej ja.
- Strasznie ciężko cię znaleźć, wiesz? Mogę wejść?
Kiwam głową i odsuwam się, żeby zrobić mu miejsce w przejściu. Owiewa mnie do bólu znajomy zapach.
- Nie wiedziałam, że mnie szukałeś. I mogłeś po prostu poprosić o mój numer – zaczęłam lekko.
- Gdybym wiedział, że tak szybko ulotnisz się ze szpitala, nie omieszkałbym poprosić. Co się stało? Dlaczego stamtąd zwiałaś?
- Nie zwiałam!
- Lekarz powiedział mi co innego.
- Lekarzy powinna obowiązywać tajemnica zawodowa – burknęłam – za rozpowiadanie informacji o pacjentach osobom postronnym można się nieźle przejechać.
- Powiedzmy, że nie był zbyt chętny, żeby udzielać mi jakichkolwiek informacji. Ale, na moje szczęście, coś zdołałem z niego wydusić.
- Wolę nie pytać, w jaki sposób…
Przez chwilę zapada pomiędzy nami znów ta dziwna cisza. Wpatruję się w moje pomalowane na krwiście czerwony kolor paznokcie, nie mając siły podnieść wzroku.
- Dlaczego, Carlota?
To pytanie raczej już nie dotyczyło lekarzy.
- Dlaczego co? Dlaczego zdecydowałam się wyjść na własną odpowiedzialność? Przecież wiesz, dostawałam już świra w tych czterech ścianach. Miałam pracę, zaległości, nie miałam czasu, żeby wylegiwać się w szpitalnym łóżku, a inni będą odwalać za mnie całą robotę!
- A nie przeze mnie?
- Moje wyjście ze szpitala nie ma z tobą nic wspólnego – oświadczam tak stanowczo, jak tylko potrafię, ale nawet ja czuję, że to kłamstwo wypadło bardziej, niż blado. Jestem beznadziejnym kłamcą i Cavani też o tym wie.
- Czyli przeze mnie…Chryste, Carlota…- mówi i kieruje się w stronę wyjścia – no to nic tu po mnie.
- Stój! – słyszę swój głos i coś każe mi rzucić się do hotelowego przedpokoju. Łapię Edinsona za rękę i wciągam z powrotem do salonu – gdzie idziesz?
- Tam, gdzie są ludzie, którym się nie narzucam swoją obecnością. Puść mnie. Dosyć się już zbłaźniłem.
Opadły mi ręce. Zbłaźnił się? A co ja mam niby powiedzieć?! Jak mam go teraz przekonać, że to wszystko nie tak, jak myśli? No jak?
Oddycham głęboko.
- Możesz mnie chwilę posłuchać? To, co teraz powiem, jest trochę…zakręcone, ale, no cóż, to cała ja. Chyba zdążyłeś już zauważyć, że nie nadaję na tych samych falach, co zwykli ludzie. Tam, w Brazylii, po prostu się przestraszyłam. Nie chciałam, żeby cokolwiek zaszło gdzieś, skąd potem nie będzie powrotu, gdzie ja zostanę znów sama…
- Co masz na myśli, mówiąc „cokolwiek”?
- No…to wszystko, co się tam stało!
Czując, że stąpam po bardzo, ale to bardzo kruchym lodzie, który się za chwilę pode mną załamie, brnęłam dalej – coś poczułam. Było mi po prostu za dobrze w twoim towarzystwie. Za bardzo się uzależniłam od ciebie, twoich wizyt, twojego denerwującego sposobu bycia…
Nawet tego twojego uśmieszku, takiego jak teraz, z którym wyglądasz, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy świata! I czy możesz – dodałam zajebiście spokojnym tonem – przestać się tak śmiać choć w tej chwili? Ja tu mówię całkiem serio!
- Wiem.
- Więc skoro już zostałeś poinformowany o tym wszystkim, to teraz możesz łaskawie wyjść. Tym razem nie będę cię zatrzymywać. Po prostu każde z nas pójdzie swoją drogą, jak do tej pory. Może kiedyś jeszcze uda mi się przeprowadzić z tobą jakiś wywiadzik…
- Możesz dać mi dojść do słowa?
Opadłam na kanapę, starając się nie wyglądać zbyt żałośnie. Cavani usiadł obok mnie.
- Opowiem ci pewną historię. O facecie, nazwijmy go George. Otóż ten George miał wszystko, o czym marzył. Był sławny, bogaty, robił to, co kochał, ożenił się z cudowną kobietą. Myślał, że tak będzie zawsze. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Praca nie sprawiała mu już tej radości, co kiedyś, męczył się nią. Pieniądze nie stanowiły żadnej wartości, bo przychodziły za łatwo. A żona…
Siedziałam z bijącym sercem, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, czekając, aż dokończy zdanie.
- Żona zdradziła go z jakimś palantem i odeszła. Powiedziała, że nie będzie żyć z kimś, kogo w ogóle nie znała. Czy Georgie zmienił się tak bardzo? Możliwe. Może to jego wina? Pewnie tak. Ten facet męczył się ze samym sobą. Do czasu, kiedy na brazylijskiej autostradzie o mało nie zabił pewnej dziewczyny. Niesamowicie wyszczekanej, ironicznej i pięknej.
- Nie jestem wyszczekana!
- I ta dziewczyna – ciągnął, jakby nie słyszał mojego wtrącenia – pokazała mu, że nie jest z nim tak źle. Ustawiła go do pionu. Odrodziła. Pomogła, choć sama o tym nie wiedziała, znaleźć w tym całym bagnie zwanym życie coś, co można nazwać jego sensem. I kiedy myślał, że wszystko będzie dobrze, że szczęście samo pcha mu się w ręce, ona znów udzieliła mu lekcji, żeby nigdy nie liczyć na takie prezenty od losu. Uciekła, a on nie mógł jej znaleźć, choć próbował. I to bardzo. Kiedy już prawie się poddał, los znów ich ze sobą zetknął. Co, twoim zdaniem, George ma teraz zrobić?
- Nie wiem…
- George czeka na odpowiedź, Carlota. I nie chce zdawać się na kolejny łut szczęścia, ani ryzykować zawału serca za każdym razem, kiedy ją nagle zobaczy.
W ten zawał to uwierzyłam bez zastrzeżeń. Nawet teraz słyszałam, jak mocno dudni jego serce. Prawie tak, jak moje…
- Hmmm. Czy Georgowi nie przeszkadza, że jest taka wyszczekana?
- Nie.
- A to, że ma metr siedemdziesiąt tylko w wielgachnych szpilkach?
- Jest jak maleńka figurka z saskiej porcelany, którą będzie chronił.
- No dobrze – zgodziłam się wspaniałomyślnie, choć głos znów zaczął mi dziwnie piszczeć – powiedz Georgowi, że jego kandydatura została zatwierdzona. Jest tylko sławnym piłkarzem, ale co mi tam, mogłam trafić gorzej.
- George mówi, że jest ci bardzo wdzięczny za twoją wielką wspaniałomyślność…
Nie przejmuję się tym pełnym ironii tonem i bezczelnie ładuję się Edinsonowi na kolana. Wcale nie protestuje. A ja mogę w końcu z naprawdę bliska usłyszeć jego serce.
- Wiesz co? Skoro się już tak bawimy, to zróbmy listę – proponuję – ze wszystkimi rzeczami, które Georgie może zrobić, a które nie…
- Przeginasz, Carlota…
- Na początek może zaprosić mnie na kolację – uśmiecham się przebiegle – i musi sam tę kolację zrobić.
- O Boże…
- A teraz – udałam, że nie słyszę jego jęków – może mnie pocałować.
No, choć raz posłuchał…
środa, 10 grudnia 2014
Axelle i Marc
Znów to zrobili… Wynurzyłam się parskając i plując wokół siebie chlorowaną wodą, której sporą część zdążyłam już wypić. Moja świeżo nabyta umiejętność pływania była mniej niż mizerna, wiec mocno wierzgałam nogami i rękami, w wątpliwej nadziei, że uda mi się jakoś dopłynąć do brzegu i zamordować tych idiotów, którzy, czego byłam pewna, teraz stali przy basenie pękając ze śmiechu, widząc moje nieporadne wysiłki. I nie tylko oni. Goście hotelowi spędzający czas na świeżym powietrzu z pewnością również byli mi wdzięczni za ten wątpliwej jakości pokaz. Wierzgnąwszy po raz kolejny rękami, trafiłam w coś twardego. Włosy opadły mi na twarz, więc nie widziałam zbyt wiele, ale złapałam się tego czegoś jak ostatniej deski ratunku. Odgarnęłam włosy z twarzy i jęknęłam, zobaczywszy, że zbyt wcześnie się cieszyłam. Zamiast do brzegu, popłynęłam w przeciwną stronę i swój maraton pływacki zakończyłam na środku basenu, a mój chwilowy ratunek okazał się podłużną linką, oddzielającą basen od jego najgłębszej części. Zajebiście, pomyślałam, uświadamiając sobie, że pod stopami mam teraz ponad dwa metry wody, a do brzegu ze trzy razy tyle. - Hej, Axe… Nie słuchaj, co oni mówią, nie zwracaj na nich uwagi, nie słuchaj… - Axe!!! - Czego? – warknęłam nadal trzymając się kurczowo linki. Z bezpiecznej strefy usłyszałam znów denerwujące uśmieszki. - Długo jeszcze będziesz się moczyć? Wyłaź w końcu. - Żebyście znów próbowali mnie utopić? Nie ma mowy! - Oj, nie przesadzaj, odrobina wody jeszcze nikomu nie zaszkodziła…Wyłaź! Bo my pofatygujemy się do ciebie! Nie zniżyłam się do odpowiedzi. Zamiast tego na przemian płynąc i trzymając się zbawiennej linki, powoli skierowałam się do brzegu. Wylądowałam niedaleko leżaków, na których leżeli rodzice. Oboje relaksowali się właśnie, z zamkniętymi oczami, nieświadomi, że ich jedyna córka o mały włos nie zakończyła marnie życia kilka metrów od nich… Stanowczym krokiem wyszłam z basenu i ociekając wodą ruszyłam w stronę sprawców. Stali sobie, wciąż z tymi denerwującymi uśmieszkami od ucha do ucha, na dodatek mój braciszek wlepiał gały w tyłek dziewczyny w bikini, która akurat przechodziła obok. Stojący obok Marc coś do niego mówił, a Carles…Cóż, robił jak zwykle coś dziwnego. - Hej, idioci – zawołałam wpadając pomiędzy nich. Z impetem. Okrzyk bólu, kiedy stanęłam Carlesowi na bosą stopę, znaczył, że mój atak trafił do celu. Marc zarobił kuksańca w bok, ale najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Całą siłą mojego dwudziestoletniego ciała runęłam na ukochanego braciszka, który poleciał z głośnym piskiem do wody. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie… - Ha! – wrzasnęłam – masz za swoje! Nie przewidziałam jednej rzeczy. Mianowicie, że Sergi Roberto padając pociągnie mnie za sobą. Przez chwilę walczyłam, próbując utrzymać równowagę, i młócąc rękami powietrze, jakbym była jakimś polnym wiatrakiem, ale szanse ratunku miałam zerowe. Ja naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciałam znaleźć się znów w basenie… Czyjeś ramię złapało mnie w ostatnim momencie i ustawiło do pionu. Ciepłe ramię, co sobie uświadomiłam, kiedy siła odśrodkowa rzuciła mnie w ramiona mojego wybawcy. I bardzo ciepły i ładny tors… Spojrzałam w górę. Marc??? Najlepszy kumpel mojego walniętego brata wyglądał, jakby to, co zrobił, zaskoczyło go w nie mniejszym stopniu, jak mnie. Wręcz przeraziło. Ale jakoś wcale nie chciał mnie puścić, co akurat było dobrym pomysłem, bo Carles wybrał właśnie ten moment, żeby o sobie przypomnieć. - No to wszyscy na bombę!!!! Trzydziestopięcioletni facet…Jak dziecko, no. Skoro Sergi był w wodzie, my musieliśmy się tam też znaleźć. Poszło jak w klasycznym dominie. Najpierw Carles pchnął Marca, on, z racji tego, że wciąż trzymał mnie w ramionach, pchnął mnie, a Carles wskoczył sam i zanim zdążyłam się przestraszyć i choćby zaczerpnąć powietrza, znów poczułam, jak chlorowana woda zamyka się mi nad głową. Jak zwykle w takich sytuacjach, spanikowałam. Mogłam wylegiwać się w wannie wypełnionej gorącą wodą, w jakuzzi, brodzić w sadzawce podczas upałów w mieście, ale śmiertelnie bałam się sytuacji, kiedy nie czułam dna, a do brzegu nie mogłam dostać ręką. A dziś taka sytuacja zdarzyła się już trzy razy. Wytrysnęłam na powierzchnię niczym korek, wciąż w ramionach Marca, drżąc i kaszląc, uczepiona jego szyi jakby to była jedyna bezpieczna przystań na tym świecie. Obok mnie niemal równocześnie pojawiły się rozbawione głowy Sergi Roberto i Carlesa, uchachane od ucha do ucha. - Ale jazda – Carles odrzucił swoje długie włosy z twarzy niczym Pamela w Słonecznym Patrolu, przy okazji ochlapując nas deszczem kropelek – chyba naprawdę potrzebuję większych wrażeń. Chodź, Axelle, idziemy na zjeżdżalnię, tam dopiero jest odlot. Pięćdziesiąt metrów spadu i wielka fontanna. - Nigdzie nie idę. - No chodź, będzie fajnie… - Powiedziałam NIE!!! – wrzasnęłam – jesteście nienormalni, nienormalni, NIENORMALNI!!! Ze złością pacnęłam ręką w wodę – ile razy trzeba wam coś mówić, żeby to w końcu dotarło do waszych pustych czerepów? Mój braciszek uśmiechnął się złośliwie – jeśli chodzi ci o to twoje „boję się głębokiej wody”, to powiesz to pewnie jeszcze nie raz. Marc, puść ją, zobaczymy, co nasza księżniczka zrobi, kiedy będzie musiała się sama ratować. A tu nie ma żadnej liny, której można się chwycić. - Ty baranie bez krzty pomyślunku – syknęłam – nie waż się…Nie puszczaj! – to ostatnie skierowane było do Marca. Jeśli on posłucha Sergi Roberto… - Spokojnie, nie puszczę cię. Na żebrach poczułam mocniejszy uścisk jego ramion. - Ma łaskotki, możesz sprawić, że sama od ciebie ucieknie. Och, Marc, ty rycerzu ratujący niewinne dziewice… Moja chęć dokopania bratu zaczynała przybierać niebezpiecznie duże rozmiary. - Zaraz może ratować ciebie przede mną, jeśli się nie zamkniesz i wtedy zobaczymy, kto tu jest niewinną dziewicą – warknęłam – przynajmniej jeden zachowuje się normalnie w tej waszej zgrai pomyleńców. - Słyszałeś, Marc? Księżniczka Axelle zaczyna pokazywać pazurki. Ale powiedz, Axe – Sergi zbliżył się do mnie na odległość ramienia – naprawdę jesteś jeszcze dziewicą? Obiecuję, że nikomu nie powiem. - ZABIJĘ CIĘ!!! Wpadające przez odsłonięte okno promienie słońca połaskotały mnie w nos. Przekręciłam się na drugi bok w nadziei, że będę mieć jeszcze możliwość choć krótkiej drzemki, ale nie było mi to dane. Telefon umieszczony w strategicznym miejscu pod poduszką, zaczął wygrywać „Titanium”, jedyną melodię, przy której wstawanie było dla mnie znośne. Zlokalizowałam telefon, dosłuchałam do końca piosenki i dopiero wtedy go wyłączyłam. Zegarek wskazywał szóstą rano. Wstawanie o takiej barbarzyńskiej porze, szczególnie na wakacjach, to nic przyjemnego. Jednak dla mnie to była po prostu samoobrona. Tylko w ten sposób miałam pewność, że mój brat idiota i jego dwóch kolegów, śpiochy nad śpiochami, są daleko ode mnie i nie będą mnie denerwować swoim zachowaniem. Na wspomnienie incydentu na basenie znów poczułam, jak palą mnie policzki. Przeklęty Sergi Roberto, i jego genialne pytania…Do końca życia na zapomnę mu tego wstydu, jakiego się wtedy najadłam. Zdziwiony i rozbawiony Carles, wszechwiedzący uśmieszek mojego brata…Miny Marca nie widziałam, ale jakoś szybko zaczął holować mnie do brzegu, a tam jeszcze szybciej mnie puścił. No i dobrze, pomyślałam, idąc do stołówki. Co mnie obchodzi, co o mnie myśli jakiś kolega mojego porypanego brata? Nic a nic… W stołówce, jak zwykle o tak wczesnej porze, nie było zbyt wiele osób. Przy największym stoliku siedziało jednak kilkoro znajomych, których poznałam na poprzednich wycieczkach. W tym Maye, która uśmiechnęła się na mój widok. - Myślałam, że zaspałaś. - Nie zrobiłabym ci tego – porwałam czysty talerz i ruszyłam w stronę szwedzkiego stołu – gdzieś tu widziałam mango… - Ej, siostra!!! Kawałek owocu utkwił mi w przełyku tak, że na chwilę straciłam dech. O Boże, to się nie dzieje naprawdę… - Kto to? - Nikt – odpowiedziałam, kiedy już nic nie blokowało dopływu powietrza do płuc – i nie gap się w tamtą stronę, może sobie pójdą. Maye zachowała się tak, jakby tylko pierwsza część mojej odpowiedzi do niej dotarła – ładniusi ten twój Nikt. Jadą z nami? - O Boże, mam nadzieję, że nie… - Szkoda – Maye upiła łyk kawy i oblizała usta, nie odrywając wzroku od kogoś za moimi plecami. Miałam dziwne wrażenie, że smakowała nie tylko kawę – poznasz mnie z nim? - Z kim? - Z tym przystojniakiem w niebieskiej koszulce. - Opanuj się, albo weź chusteczkę – syknęłam – cała się ślinisz. Uwierz mi, to idioci. - Mimo to…Może to nie będzie czas stracony…Jeśli mnie z nimi poznasz, a już szczególnie z panem Ślicznym, ja poznam cię z Patrickiem. - A kto to? Maye uśmiechnęła się znacząco – lubisz wysokich blondynów o boskim ciele, opalonych i zabójczo przystojnych? To właśnie jest Patrick. Ten cud męskości jedzie dziś z nami na wycieczkę, więc będziesz mieć cały dzień na doprowadzanie go do szaleństwa. To jak, zgoda? Maye nie przesadzała. Patrick był rzeczywiście boski. I doskonale uświadomiony o swojej wspaniałości, co odkryłam po pierwszych paru minutach w jego obecności. Maye, mrugnąwszy do mnie, zostawiła mnie samej sobie, a sama przeszła na tył autokaru, gdzie mój brat, Carles i Marc zaklepali sobie ostatnie siedzenia. I całkiem nieźle się tam bawiła, jak słyszałam. Korzystając z przerwy w monologu Patricka zerknęłam pomiędzy siedzeniami i zobaczyłam coś, co mi się bardzo nie spodobało. Z braku miejsca Maye wylądowała w końcu na kolanach Marca, a teraz tuliła się do niego tak, że ciężko było odróżnić, czyja ręka należała do kogo. A sam Marc nie wyglądał na kogoś, kto się rozpaczliwie broni przed takim zmasowanym atakiem. - Faceci… - mruknęłam odwracając się szybko przodem do kierunku jazdy – tylko jedno im w głowie. Zignorowałam dziwne uczucie żalu gdzieś wewnątrz mnie. Przecież oboje są dorośli, mogą robić, co chcą. Nie jestem ich niańką, do cholery… Jak można było przewidzieć, ruiny były nudne jak flaki z olejem. Tak samo Patrick, ale tu przynajmniej mogłam odbierać wrażenia estetyczne, co, przyznaję się bez bicia, robiłam często. Facet miał naprawdę fantastyczne ciało… Nie zaprotestowałam, kiedy szeptem poprosił mnie na odłączenie się od grupy i poszukanie jakiegoś spokojniejszego zakątka. Żeby się lepiej poznać, jak to określił. Grupka wycieczkowiczów i tak już zaczynała się rozłazić, więc nie byliśmy jedyni. Maye z chłopakami zniknęła od razu po przyjeździe na miejsce. Ciekawe, czy oni też się gdzieś zaszyli? Widać było, że ciągnęło ją do Marca, więc może też „zgubili” gdzieś Carlesa i Sergo Roberto, a sami… Wizja, jaka przewinęła mi się przed oczami, sprawiła, że aż się zatrzęsłam. - Ja…chyba nie mam ochoty nigdzie iść – wymamrotałam patrząc przepraszająco na Adonisa idącego obok mnie – chyba wrócę do autokaru. - Axelle, no co ty… - Proszę cię, daj mi spokój! Uciekłam. Uciekłam od najbardziej ciachowatego faceta, jakiego spotkałam w swoim życiu. Bez słowa wyjaśnienia. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co sobie o mnie pomyślał. Pędząc przez plażę, zdusiłam nieco histeryczny śmiech. Musiałam być pierwszą dziewczyną, która dała mu kosza… A potem wszystko potoczyło się bardzo, bardzo szybko. Przez huk oceanu usłyszałam, że ktoś mnie woła. Maye? Patrick? Sergi Roberto? Nie zatrzymałam się, żeby to sprawdzić, tylko momentalnie zmieniłam trasę biegu skręcając w stronę nadbrzeżnych skał. Może tam zdołam się ukryć aż do gongu wzywającego do powrotu do autokaru… Skały z bliska nie sprawiały już wrażenia bezpiecznej kryjówki. Prawdę powiedziawszy, musiałam się nieco nagimnastykować, żeby wdrapać się na z góry upatrzone miejsce. Moje sandałki ślizgały się po mokrych kamieniach, aż w końcu któryś z nich gibnął się pode mną, a ja zjechałam z piskiem w dół, prosto do wody. Czułam ucisk. Ktoś lub coś leżało na mojej klatce piersiowej, skutecznie utrudniając mi oddychanie. W buzi miałam pełno czegoś twardego i skrzypiącego w zębach. Piasek, uzmysłowiłam sobie, i rozkaszlałam się jak nigdy wcześniej. - Dobra, odsuńcie się wszyscy, dajcie jej odetchnąć – gdzieś obok słyszałam głos brata. Rozkazujący, i jakiś taki zaniepokojony? Wręcz przerażony – Axe, w porządku? Powiedz coś, do cholery! - Żżżżżżyjęęęę – wychrypiałam. Rany, ale mnie bolało gardło. I ramiona. I głowa. Odchrząknęłam lekko i wyplułam kilka ziarenek – co się stało? - Jesteś idiotką, Axe, to się stało! Mogłaś się zabić!!! Po co lazłaś na te skały? Na dodatek całkiem sama! W głowie ci się już całkiem poprzewracało. - Możesz…przestać? - Coraz więcej wspomnień przelatywało do mojej biednej skołatanej głowy – trochę mi słabo… Upadek, mój krzyk. Woda. Mnóstwo wody, zimnej i atakującej mnie z każdej strony. Nie mogłam wydostać się na powierzchnię, nie miałam już powietrza… To moje ostatnie wspomnienie. Ten strach, że się utopię. Ale nie utonęłam, uświadomiłam sobie. Poczułam, jak ktoś delikatnie mnie podnosi. - Chodź, zaniosę cię do autokaru. Masz jakieś ciuchy na zmianę. Nie masz? Ok, coś się zaraz znajdzie. Tylko spokojnie, mała. Patrick? To on mnie uratował? Nie pamiętałam. Cholera, nie pamiętałam!!! Kątem oka dostrzegłam twarz Maye i chłopaków. Wszystkie blade i równie przestraszone. Przy akompaniamencie zdenerwowanego głosu przewodnika, który mamrotał coś po włosku przez komórkę na przemian z przeprosinami po angielsku kierowanymi w moją stronę, i w otoczeniu całej świty, zostałam przeniesiona do autokaru. A tam…odpłynęłam. Jak można było się spodziewać, nasz powrót do hotelu nie mógł przejść niezauważony. Napoleon chyba nie był bardziej dramatycznie witany po powrocie z zesłania, niż ja po powrocie z wycieczki, pomyślałam, kiedy rodzice, oboje, przerażeni, aż miło, podbiegli, żeby pomóc mi wysiąść z autokaru. - Mamo, nic mi nie jest – uprzedziłam pytanie, jeszcze zanim je zadała - opiłam się trochę słonej wody, to wszystko. Żyję, w każdym bądź razie. Tato, nie musisz mnie nieść, naprawdę wszystko w porządku, mogę sama... Tata nie zważał na moje tłumaczenia. Delikatnie, jakbym była ze szkła, wziął mnie na ręce i noga za nogą zaczął kierować się w stronę wejścia do hotelu. Szok i przerażenie, jakie w końcu zaczęły się u mnie odzywać, jego też dotknęły. I to mocno. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tak bardzo się trząsł. - Tato, nic mi się nie stało… - Cicho, Axe. Mój Boże, przecież mogłaś już nie żyć… Moja mała dziewczynka…Gdyby nie ten chłopak… Mama słysząc słowa ojca rozpłakała się. Moja racjonalnie myśląca, rozsądna mama płakała teraz jak dziecko, po czym zrobiła rzecz, której z pewnością się po niej nie spodziewałam. Jeszcze bardziej, niż ja, zaskoczony był Patrick, który szedł tuż za naszą małą procesją. Widziałam, jak cofa się przed zmasowanym atakiem czułości i wdzięczności mojej matki, ale w końcu ulega i daje się przytulić. - Ależ proszę pani… - Dziękuję, dziękuję ci z całego serca, że uratowałeś naszą córkę. Skąd moja matka wzięła ten pomysł, nie miałam pojęcia. Sama nie do końca byłam pewna, kto mnie uratował…Zerknęłam na otaczających mnie ludzi. Mama ciągle płakała. Maye chyba też, bo oczy podejrzanie jej błyszczały i co chwilę pociągała nosem. Tuliła się do Carlesa, który po raz pierwszy, odkąd go znam, miał tak poważny wyraz twarzy. Tata nie pozwolił obejrzeć mi reszty tej łzawej sceny. Odwrócił się i ciągle ze mną w ramionach, pomaszerował w stronę mojego pokoju. Nie dał mi nawet podziękować mojemu wybawcy, kimkolwiek on by był… Już miałam zaprotestować, kiedy zobaczyłam, że w naszej małej grupce kogoś brakuje. Znajome mi opalone plecy właśnie znikały za zakrętem korytarza, a mój brat… Niebieskie oczy Sergi Roberto, tak podobne do moich, przypominały teraz dwie bryłki lodu. Ten lód dotarł do najmniejszych zakamarków mojego serca, wyjaśniając mi wszystko. Bo już wiedziałam, kto mnie uratował. Czyj głos słyszałam. - Tato, puść mnie. Proszę… Wygramoliłam się z ramion ojca i ciągle na nieco miękkich nogach, pobiegłam za moim wybawcą. Słyszałam za sobą okrzyki rodziców, ale się nie zatrzymałam. Oby jeszcze nie zdążył dojść do pokoju… - Marc! – wrzasnęłam na cały korytarz – zaczekaj! - Zostaw mnie w spokoju, Axelle. Stał już przed drzwiami swojego pokoju. Jego ręka leżała na klamce, karta hotelowa była włożona do zamka. Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam, zanim zdążył pchnąć drzwi. - Nie ma mowy – oparłam się o framugę, dysząc lekko. Nie ma co, sprint przez korytarz to nie to, o lubiłam robić najbardziej na świecie – spójrz na mnie, do cholery! - Przepuść mnie, chcę wejść… Odsunęłam się, ale tylko tyle, żeby zdążył uchylić drzwi, po czym bezpardonowo wpakowałam się do środka. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Niby o czym? - Marc – podeszłam do niego i zmusiłam, żeby w końcu na mnie spojrzał – doskonale wiesz. To ty mnie uratowałeś. Dlaczego pozwoliłeś, żeby moja matka zrobiła to przedstawienie, tam, w holu? - Twoja matka słusznie przeanalizowała sytuację i wybrała kogoś, kto doskonale pasuje do miana bohatera. Wolałem nie wyprowadzać jej z błędu. Widocznie stwierdziła, że jestem za mało bohaterski, a nikt nie wyprowadził jej z błędu. Ani twój głupi kochaś, ani tym bardziej ty… - On nie jest moim kochasiem! A ja…- utknęłam. Co miałam powiedzieć? Że sama nic nie wiedziałam? - Idź już, Axe. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Patrzyłam, jak mija mnie i rzuca się na łóżko, podkładając sobie ramiona pod głowę i przymykając oczy. Postawa, która wręcz krzyczała do mnie „Wynoś się, daj mi spokój”. To już nie był ten cichy, spokojny kolega mojego brata. Coś mi mówiło, że tamten chłopak już nigdy nie wróci. Niepewnie podeszłam bliżej i usiadłam obok. Łóżko ugięło się pod moim ciężarem, więc Marc na pewno to poczuł, ale nawet nie drgnął. Spojrzałam na jego twarz, tak doskonale obojętną. Dlaczego nigdy wcześniej nie zauważyłam, jakie ma długie rzęsy? - Wciąż tu jesteś? – zapytał, nawet nie otwierając oczu. - Tak. - Mówiłem, żebyś sobie poszła. - Nie, dopóki ci nie podziękuję. - Ok, powiedz ładnie „dziękuję” i znikaj. - Nie wiem, czy zwykłe „dziękuję” wystarczy. Gdyby nie ty, skończyłabym jako pokarm dla rybek…Marc, czy możesz choć otworzyć oczy, kiedy do ciebie mówię? Nie tylko zastosował się do mojej prośby, ale na dodatek podniósł się ze swojego miejsca i nagle okazało się, że usiadłam za blisko. Stanowczo za blisko. Przełknęłam ślinę, kiedy jego twarz znalazła się niecałe dziesięć centymetrów od mojej. Gdzie się podziały te jego przyjazne oczy? Bryłki lodu w jego spojrzeniu zawierały w sobie chyba całą Antarktydę. Przyznaję, przyszłam tu bez jakiegoś konkretnego planu, jak ma przebiegać rozmowa pomiędzy nami. Teraz uświadomiłam sobie, że to był duży błąd z mojej strony. Potrafiłam dogadać się z chłopakiem, którego znałam, od kiedy jako młodzik zaczynał grać z moim bratem w jednym klubie, ale ten mężczyzna siedzący obok mnie był mi obcy. - Przepraszam – wykrztusiłam – za to, co się stało w holu. Za to, że przeze mnie nadstawiałeś karku, żeby uratować moją nędzną osobę. Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałam, tam, w wodzie. Myślałam, że już po mnie. Gdyby nie ty… Nie wiem, które z nas pierwsze pochyliło głowę, ja, czy Marc. Chyba oboje w tym samym momencie. W jednej chwili kajałam się przed nim, a w drugiej całowaliśmy się jak szaleni. Jak dwoje kompletnych wariatów… Jego skóra pachniała słońcem i morską wodą. Tym chętniej odkrywałam każdy jej fragment. Marc nie pozostawał mi dłużny. Jego ręce bardzo szybko zawędrowały pod moją koszulkę. Coraz wyżej i wyżej… - Nie… Otworzyłam oczy, starając się wrócić do rzeczywistości. Ręce Marca znieruchomiały gdzieś na wysokości mojego pępka, jego twarz znajdowała się w okolicach mojego ucha, które przed chwilą całował. I nagle przestał… - Nie możemy, Axe. Ja nie mogę. - Nie możesz, czy po prostu nie chcesz? Wróciłam z takim hukiem na twardą ziemię, że aż dziwiło mnie, że nie słyszę, jak się zatrzęsła od uderzenia mojego tyłka. I wróciła mi też świadomość tego, co się właśnie stało. Co mogło się stać. Skuliłam się na połówce łóżka, niezdolna do niczego. Właściwie powinnam teraz wstać i wyjść. Schronić się w swoim pokoju i rozpamiętywać swoją porażkę. Nie ruszyłam się z miejsca. - Mogłam cię posłuchać – wymamrotałam w poduszkę – powiedzieć grzecznie „dziękuję” i po prostu wyjść. Byłoby prościej. Marc położył się obok, ale nawet najmniejszy skrawek naszych ciał się nie dotykał. Tak blisko a tak daleko… Zaczerpnęłam tchu, starając się zdusić tę nagłą, palącą potrzebę, żeby go dotknąć. - I co teraz? Udajemy, że nic się nie stało? Zapominamy? Czekałam, aż mi odpowie, powie cokolwiek, ale jedyne, co słyszałam, to jego cichy oddech i szum klimatyzacji nad naszymi głowami. - Marc? - Udawać mogę, w końcu udaje mi się to już tyle czasu, że prawie się do tego przyzwyczaiłem. Ale zapomnieć będzie ciężej. Nie wymagaj ode mnie więc, żebym zapomniał, co się dzisiaj stało. Dziewczyna, w której się zakochałem, znalazła sobie innego. Potem o mało nie umarła, a ja o mało nie umarłem za strachu o nią. Sprawiła, że przez chwilę byłem najszczęśliwszym facetem na świecie. Chwila jednak minęła, a my znów wróciliśmy do punktu wyjścia, gdzie ona jest poza moim zasięgiem, a ja jestem tylko kolegą jej brata. I cześć pieśni… Położyłam mu palec na ustach, i przysunęłam się bliżej. Chyba mogłam, skoro właśnie wyznał mi miłość, prawda? Marc był chyba innego zdania, bo leciuteńko się odsunął. - Axe, ja nie jestem z kamienia… - Mam nadzieję – tym razem zdusiłam protest w zarodku, kiedy nasze wargi się spotkały – przestaniesz w końcu wygadywać takie bzdury. Choć akurat to, co mówiłeś na początku, było bardzo ciekawe. Opowiesz mi jeszcze coś o tej dziewczynie, w której się zakochałeś? Ona z pewnością chętnie opowie ci, jaką wielką idiotką była, kiedy pozwalała, żebyś wzdychał do niej na darmo tyle czasu…
Subskrybuj:
Posty (Atom)