środa, 10 grudnia 2014

Axelle i Marc

Znów to zrobili… Wynurzyłam się parskając i plując wokół siebie chlorowaną wodą, której sporą część zdążyłam już wypić. Moja świeżo nabyta umiejętność pływania była mniej niż mizerna, wiec mocno wierzgałam nogami i rękami, w wątpliwej nadziei, że uda mi się jakoś dopłynąć do brzegu i zamordować tych idiotów, którzy, czego byłam pewna, teraz stali przy basenie pękając ze śmiechu, widząc moje nieporadne wysiłki. I nie tylko oni. Goście hotelowi spędzający czas na świeżym powietrzu z pewnością również byli mi wdzięczni za ten wątpliwej jakości pokaz. Wierzgnąwszy po raz kolejny rękami, trafiłam w coś twardego. Włosy opadły mi na twarz, więc nie widziałam zbyt wiele, ale złapałam się tego czegoś jak ostatniej deski ratunku. Odgarnęłam włosy z twarzy i jęknęłam, zobaczywszy, że zbyt wcześnie się cieszyłam. Zamiast do brzegu, popłynęłam w przeciwną stronę i swój maraton pływacki zakończyłam na środku basenu, a mój chwilowy ratunek okazał się podłużną linką, oddzielającą basen od jego najgłębszej części. Zajebiście, pomyślałam, uświadamiając sobie, że pod stopami mam teraz ponad dwa metry wody, a do brzegu ze trzy razy tyle. - Hej, Axe… Nie słuchaj, co oni mówią, nie zwracaj na nich uwagi, nie słuchaj… - Axe!!! - Czego? – warknęłam nadal trzymając się kurczowo linki. Z bezpiecznej strefy usłyszałam znów denerwujące uśmieszki. - Długo jeszcze będziesz się moczyć? Wyłaź w końcu. - Żebyście znów próbowali mnie utopić? Nie ma mowy! - Oj, nie przesadzaj, odrobina wody jeszcze nikomu nie zaszkodziła…Wyłaź! Bo my pofatygujemy się do ciebie! Nie zniżyłam się do odpowiedzi. Zamiast tego na przemian płynąc i trzymając się zbawiennej linki, powoli skierowałam się do brzegu. Wylądowałam niedaleko leżaków, na których leżeli rodzice. Oboje relaksowali się właśnie, z zamkniętymi oczami, nieświadomi, że ich jedyna córka o mały włos nie zakończyła marnie życia kilka metrów od nich… Stanowczym krokiem wyszłam z basenu i ociekając wodą ruszyłam w stronę sprawców. Stali sobie, wciąż z tymi denerwującymi uśmieszkami od ucha do ucha, na dodatek mój braciszek wlepiał gały w tyłek dziewczyny w bikini, która akurat przechodziła obok. Stojący obok Marc coś do niego mówił, a Carles…Cóż, robił jak zwykle coś dziwnego. - Hej, idioci – zawołałam wpadając pomiędzy nich. Z impetem. Okrzyk bólu, kiedy stanęłam Carlesowi na bosą stopę, znaczył, że mój atak trafił do celu. Marc zarobił kuksańca w bok, ale najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Całą siłą mojego dwudziestoletniego ciała runęłam na ukochanego braciszka, który poleciał z głośnym piskiem do wody. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie… - Ha! – wrzasnęłam – masz za swoje! Nie przewidziałam jednej rzeczy. Mianowicie, że Sergi Roberto padając pociągnie mnie za sobą. Przez chwilę walczyłam, próbując utrzymać równowagę, i młócąc rękami powietrze, jakbym była jakimś polnym wiatrakiem, ale szanse ratunku miałam zerowe. Ja naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciałam znaleźć się znów w basenie… Czyjeś ramię złapało mnie w ostatnim momencie i ustawiło do pionu. Ciepłe ramię, co sobie uświadomiłam, kiedy siła odśrodkowa rzuciła mnie w ramiona mojego wybawcy. I bardzo ciepły i ładny tors… Spojrzałam w górę. Marc??? Najlepszy kumpel mojego walniętego brata wyglądał, jakby to, co zrobił, zaskoczyło go w nie mniejszym stopniu, jak mnie. Wręcz przeraziło. Ale jakoś wcale nie chciał mnie puścić, co akurat było dobrym pomysłem, bo Carles wybrał właśnie ten moment, żeby o sobie przypomnieć. - No to wszyscy na bombę!!!! Trzydziestopięcioletni facet…Jak dziecko, no. Skoro Sergi był w wodzie, my musieliśmy się tam też znaleźć. Poszło jak w klasycznym dominie. Najpierw Carles pchnął Marca, on, z racji tego, że wciąż trzymał mnie w ramionach, pchnął mnie, a Carles wskoczył sam i zanim zdążyłam się przestraszyć i choćby zaczerpnąć powietrza, znów poczułam, jak chlorowana woda zamyka się mi nad głową. Jak zwykle w takich sytuacjach, spanikowałam. Mogłam wylegiwać się w wannie wypełnionej gorącą wodą, w jakuzzi, brodzić w sadzawce podczas upałów w mieście, ale śmiertelnie bałam się sytuacji, kiedy nie czułam dna, a do brzegu nie mogłam dostać ręką. A dziś taka sytuacja zdarzyła się już trzy razy. Wytrysnęłam na powierzchnię niczym korek, wciąż w ramionach Marca, drżąc i kaszląc, uczepiona jego szyi jakby to była jedyna bezpieczna przystań na tym świecie. Obok mnie niemal równocześnie pojawiły się rozbawione głowy Sergi Roberto i Carlesa, uchachane od ucha do ucha. - Ale jazda – Carles odrzucił swoje długie włosy z twarzy niczym Pamela w Słonecznym Patrolu, przy okazji ochlapując nas deszczem kropelek – chyba naprawdę potrzebuję większych wrażeń. Chodź, Axelle, idziemy na zjeżdżalnię, tam dopiero jest odlot. Pięćdziesiąt metrów spadu i wielka fontanna. - Nigdzie nie idę. - No chodź, będzie fajnie… - Powiedziałam NIE!!! – wrzasnęłam – jesteście nienormalni, nienormalni, NIENORMALNI!!! Ze złością pacnęłam ręką w wodę – ile razy trzeba wam coś mówić, żeby to w końcu dotarło do waszych pustych czerepów? Mój braciszek uśmiechnął się złośliwie – jeśli chodzi ci o to twoje „boję się głębokiej wody”, to powiesz to pewnie jeszcze nie raz. Marc, puść ją, zobaczymy, co nasza księżniczka zrobi, kiedy będzie musiała się sama ratować. A tu nie ma żadnej liny, której można się chwycić. - Ty baranie bez krzty pomyślunku – syknęłam – nie waż się…Nie puszczaj! – to ostatnie skierowane było do Marca. Jeśli on posłucha Sergi Roberto… - Spokojnie, nie puszczę cię. Na żebrach poczułam mocniejszy uścisk jego ramion. - Ma łaskotki, możesz sprawić, że sama od ciebie ucieknie. Och, Marc, ty rycerzu ratujący niewinne dziewice… Moja chęć dokopania bratu zaczynała przybierać niebezpiecznie duże rozmiary. - Zaraz może ratować ciebie przede mną, jeśli się nie zamkniesz i wtedy zobaczymy, kto tu jest niewinną dziewicą – warknęłam – przynajmniej jeden zachowuje się normalnie w tej waszej zgrai pomyleńców. - Słyszałeś, Marc? Księżniczka Axelle zaczyna pokazywać pazurki. Ale powiedz, Axe – Sergi zbliżył się do mnie na odległość ramienia – naprawdę jesteś jeszcze dziewicą? Obiecuję, że nikomu nie powiem. - ZABIJĘ CIĘ!!! Wpadające przez odsłonięte okno promienie słońca połaskotały mnie w nos. Przekręciłam się na drugi bok w nadziei, że będę mieć jeszcze możliwość choć krótkiej drzemki, ale nie było mi to dane. Telefon umieszczony w strategicznym miejscu pod poduszką, zaczął wygrywać „Titanium”, jedyną melodię, przy której wstawanie było dla mnie znośne. Zlokalizowałam telefon, dosłuchałam do końca piosenki i dopiero wtedy go wyłączyłam. Zegarek wskazywał szóstą rano. Wstawanie o takiej barbarzyńskiej porze, szczególnie na wakacjach, to nic przyjemnego. Jednak dla mnie to była po prostu samoobrona. Tylko w ten sposób miałam pewność, że mój brat idiota i jego dwóch kolegów, śpiochy nad śpiochami, są daleko ode mnie i nie będą mnie denerwować swoim zachowaniem. Na wspomnienie incydentu na basenie znów poczułam, jak palą mnie policzki. Przeklęty Sergi Roberto, i jego genialne pytania…Do końca życia na zapomnę mu tego wstydu, jakiego się wtedy najadłam. Zdziwiony i rozbawiony Carles, wszechwiedzący uśmieszek mojego brata…Miny Marca nie widziałam, ale jakoś szybko zaczął holować mnie do brzegu, a tam jeszcze szybciej mnie puścił. No i dobrze, pomyślałam, idąc do stołówki. Co mnie obchodzi, co o mnie myśli jakiś kolega mojego porypanego brata? Nic a nic… W stołówce, jak zwykle o tak wczesnej porze, nie było zbyt wiele osób. Przy największym stoliku siedziało jednak kilkoro znajomych, których poznałam na poprzednich wycieczkach. W tym Maye, która uśmiechnęła się na mój widok. - Myślałam, że zaspałaś. - Nie zrobiłabym ci tego – porwałam czysty talerz i ruszyłam w stronę szwedzkiego stołu – gdzieś tu widziałam mango… - Ej, siostra!!! Kawałek owocu utkwił mi w przełyku tak, że na chwilę straciłam dech. O Boże, to się nie dzieje naprawdę… - Kto to? - Nikt – odpowiedziałam, kiedy już nic nie blokowało dopływu powietrza do płuc – i nie gap się w tamtą stronę, może sobie pójdą. Maye zachowała się tak, jakby tylko pierwsza część mojej odpowiedzi do niej dotarła – ładniusi ten twój Nikt. Jadą z nami? - O Boże, mam nadzieję, że nie… - Szkoda – Maye upiła łyk kawy i oblizała usta, nie odrywając wzroku od kogoś za moimi plecami. Miałam dziwne wrażenie, że smakowała nie tylko kawę – poznasz mnie z nim? - Z kim? - Z tym przystojniakiem w niebieskiej koszulce. - Opanuj się, albo weź chusteczkę – syknęłam – cała się ślinisz. Uwierz mi, to idioci. - Mimo to…Może to nie będzie czas stracony…Jeśli mnie z nimi poznasz, a już szczególnie z panem Ślicznym, ja poznam cię z Patrickiem. - A kto to? Maye uśmiechnęła się znacząco – lubisz wysokich blondynów o boskim ciele, opalonych i zabójczo przystojnych? To właśnie jest Patrick. Ten cud męskości jedzie dziś z nami na wycieczkę, więc będziesz mieć cały dzień na doprowadzanie go do szaleństwa. To jak, zgoda? Maye nie przesadzała. Patrick był rzeczywiście boski. I doskonale uświadomiony o swojej wspaniałości, co odkryłam po pierwszych paru minutach w jego obecności. Maye, mrugnąwszy do mnie, zostawiła mnie samej sobie, a sama przeszła na tył autokaru, gdzie mój brat, Carles i Marc zaklepali sobie ostatnie siedzenia. I całkiem nieźle się tam bawiła, jak słyszałam. Korzystając z przerwy w monologu Patricka zerknęłam pomiędzy siedzeniami i zobaczyłam coś, co mi się bardzo nie spodobało. Z braku miejsca Maye wylądowała w końcu na kolanach Marca, a teraz tuliła się do niego tak, że ciężko było odróżnić, czyja ręka należała do kogo. A sam Marc nie wyglądał na kogoś, kto się rozpaczliwie broni przed takim zmasowanym atakiem. - Faceci… - mruknęłam odwracając się szybko przodem do kierunku jazdy – tylko jedno im w głowie. Zignorowałam dziwne uczucie żalu gdzieś wewnątrz mnie. Przecież oboje są dorośli, mogą robić, co chcą. Nie jestem ich niańką, do cholery… Jak można było przewidzieć, ruiny były nudne jak flaki z olejem. Tak samo Patrick, ale tu przynajmniej mogłam odbierać wrażenia estetyczne, co, przyznaję się bez bicia, robiłam często. Facet miał naprawdę fantastyczne ciało… Nie zaprotestowałam, kiedy szeptem poprosił mnie na odłączenie się od grupy i poszukanie jakiegoś spokojniejszego zakątka. Żeby się lepiej poznać, jak to określił. Grupka wycieczkowiczów i tak już zaczynała się rozłazić, więc nie byliśmy jedyni. Maye z chłopakami zniknęła od razu po przyjeździe na miejsce. Ciekawe, czy oni też się gdzieś zaszyli? Widać było, że ciągnęło ją do Marca, więc może też „zgubili” gdzieś Carlesa i Sergo Roberto, a sami… Wizja, jaka przewinęła mi się przed oczami, sprawiła, że aż się zatrzęsłam. - Ja…chyba nie mam ochoty nigdzie iść – wymamrotałam patrząc przepraszająco na Adonisa idącego obok mnie – chyba wrócę do autokaru. - Axelle, no co ty… - Proszę cię, daj mi spokój! Uciekłam. Uciekłam od najbardziej ciachowatego faceta, jakiego spotkałam w swoim życiu. Bez słowa wyjaśnienia. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co sobie o mnie pomyślał. Pędząc przez plażę, zdusiłam nieco histeryczny śmiech. Musiałam być pierwszą dziewczyną, która dała mu kosza… A potem wszystko potoczyło się bardzo, bardzo szybko. Przez huk oceanu usłyszałam, że ktoś mnie woła. Maye? Patrick? Sergi Roberto? Nie zatrzymałam się, żeby to sprawdzić, tylko momentalnie zmieniłam trasę biegu skręcając w stronę nadbrzeżnych skał. Może tam zdołam się ukryć aż do gongu wzywającego do powrotu do autokaru… Skały z bliska nie sprawiały już wrażenia bezpiecznej kryjówki. Prawdę powiedziawszy, musiałam się nieco nagimnastykować, żeby wdrapać się na z góry upatrzone miejsce. Moje sandałki ślizgały się po mokrych kamieniach, aż w końcu któryś z nich gibnął się pode mną, a ja zjechałam z piskiem w dół, prosto do wody. Czułam ucisk. Ktoś lub coś leżało na mojej klatce piersiowej, skutecznie utrudniając mi oddychanie. W buzi miałam pełno czegoś twardego i skrzypiącego w zębach. Piasek, uzmysłowiłam sobie, i rozkaszlałam się jak nigdy wcześniej. - Dobra, odsuńcie się wszyscy, dajcie jej odetchnąć – gdzieś obok słyszałam głos brata. Rozkazujący, i jakiś taki zaniepokojony? Wręcz przerażony – Axe, w porządku? Powiedz coś, do cholery! - Żżżżżżyjęęęę – wychrypiałam. Rany, ale mnie bolało gardło. I ramiona. I głowa. Odchrząknęłam lekko i wyplułam kilka ziarenek – co się stało? - Jesteś idiotką, Axe, to się stało! Mogłaś się zabić!!! Po co lazłaś na te skały? Na dodatek całkiem sama! W głowie ci się już całkiem poprzewracało. - Możesz…przestać? - Coraz więcej wspomnień przelatywało do mojej biednej skołatanej głowy – trochę mi słabo… Upadek, mój krzyk. Woda. Mnóstwo wody, zimnej i atakującej mnie z każdej strony. Nie mogłam wydostać się na powierzchnię, nie miałam już powietrza… To moje ostatnie wspomnienie. Ten strach, że się utopię. Ale nie utonęłam, uświadomiłam sobie. Poczułam, jak ktoś delikatnie mnie podnosi. - Chodź, zaniosę cię do autokaru. Masz jakieś ciuchy na zmianę. Nie masz? Ok, coś się zaraz znajdzie. Tylko spokojnie, mała. Patrick? To on mnie uratował? Nie pamiętałam. Cholera, nie pamiętałam!!! Kątem oka dostrzegłam twarz Maye i chłopaków. Wszystkie blade i równie przestraszone. Przy akompaniamencie zdenerwowanego głosu przewodnika, który mamrotał coś po włosku przez komórkę na przemian z przeprosinami po angielsku kierowanymi w moją stronę, i w otoczeniu całej świty, zostałam przeniesiona do autokaru. A tam…odpłynęłam. Jak można było się spodziewać, nasz powrót do hotelu nie mógł przejść niezauważony. Napoleon chyba nie był bardziej dramatycznie witany po powrocie z zesłania, niż ja po powrocie z wycieczki, pomyślałam, kiedy rodzice, oboje, przerażeni, aż miło, podbiegli, żeby pomóc mi wysiąść z autokaru. - Mamo, nic mi nie jest – uprzedziłam pytanie, jeszcze zanim je zadała - opiłam się trochę słonej wody, to wszystko. Żyję, w każdym bądź razie. Tato, nie musisz mnie nieść, naprawdę wszystko w porządku, mogę sama... Tata nie zważał na moje tłumaczenia. Delikatnie, jakbym była ze szkła, wziął mnie na ręce i noga za nogą zaczął kierować się w stronę wejścia do hotelu. Szok i przerażenie, jakie w końcu zaczęły się u mnie odzywać, jego też dotknęły. I to mocno. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tak bardzo się trząsł. - Tato, nic mi się nie stało… - Cicho, Axe. Mój Boże, przecież mogłaś już nie żyć… Moja mała dziewczynka…Gdyby nie ten chłopak… Mama słysząc słowa ojca rozpłakała się. Moja racjonalnie myśląca, rozsądna mama płakała teraz jak dziecko, po czym zrobiła rzecz, której z pewnością się po niej nie spodziewałam. Jeszcze bardziej, niż ja, zaskoczony był Patrick, który szedł tuż za naszą małą procesją. Widziałam, jak cofa się przed zmasowanym atakiem czułości i wdzięczności mojej matki, ale w końcu ulega i daje się przytulić. - Ależ proszę pani… - Dziękuję, dziękuję ci z całego serca, że uratowałeś naszą córkę. Skąd moja matka wzięła ten pomysł, nie miałam pojęcia. Sama nie do końca byłam pewna, kto mnie uratował…Zerknęłam na otaczających mnie ludzi. Mama ciągle płakała. Maye chyba też, bo oczy podejrzanie jej błyszczały i co chwilę pociągała nosem. Tuliła się do Carlesa, który po raz pierwszy, odkąd go znam, miał tak poważny wyraz twarzy. Tata nie pozwolił obejrzeć mi reszty tej łzawej sceny. Odwrócił się i ciągle ze mną w ramionach, pomaszerował w stronę mojego pokoju. Nie dał mi nawet podziękować mojemu wybawcy, kimkolwiek on by był… Już miałam zaprotestować, kiedy zobaczyłam, że w naszej małej grupce kogoś brakuje. Znajome mi opalone plecy właśnie znikały za zakrętem korytarza, a mój brat… Niebieskie oczy Sergi Roberto, tak podobne do moich, przypominały teraz dwie bryłki lodu. Ten lód dotarł do najmniejszych zakamarków mojego serca, wyjaśniając mi wszystko. Bo już wiedziałam, kto mnie uratował. Czyj głos słyszałam. - Tato, puść mnie. Proszę… Wygramoliłam się z ramion ojca i ciągle na nieco miękkich nogach, pobiegłam za moim wybawcą. Słyszałam za sobą okrzyki rodziców, ale się nie zatrzymałam. Oby jeszcze nie zdążył dojść do pokoju… - Marc! – wrzasnęłam na cały korytarz – zaczekaj! - Zostaw mnie w spokoju, Axelle. Stał już przed drzwiami swojego pokoju. Jego ręka leżała na klamce, karta hotelowa była włożona do zamka. Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam, zanim zdążył pchnąć drzwi. - Nie ma mowy – oparłam się o framugę, dysząc lekko. Nie ma co, sprint przez korytarz to nie to, o lubiłam robić najbardziej na świecie – spójrz na mnie, do cholery! - Przepuść mnie, chcę wejść… Odsunęłam się, ale tylko tyle, żeby zdążył uchylić drzwi, po czym bezpardonowo wpakowałam się do środka. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Niby o czym? - Marc – podeszłam do niego i zmusiłam, żeby w końcu na mnie spojrzał – doskonale wiesz. To ty mnie uratowałeś. Dlaczego pozwoliłeś, żeby moja matka zrobiła to przedstawienie, tam, w holu? - Twoja matka słusznie przeanalizowała sytuację i wybrała kogoś, kto doskonale pasuje do miana bohatera. Wolałem nie wyprowadzać jej z błędu. Widocznie stwierdziła, że jestem za mało bohaterski, a nikt nie wyprowadził jej z błędu. Ani twój głupi kochaś, ani tym bardziej ty… - On nie jest moim kochasiem! A ja…- utknęłam. Co miałam powiedzieć? Że sama nic nie wiedziałam? - Idź już, Axe. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Patrzyłam, jak mija mnie i rzuca się na łóżko, podkładając sobie ramiona pod głowę i przymykając oczy. Postawa, która wręcz krzyczała do mnie „Wynoś się, daj mi spokój”. To już nie był ten cichy, spokojny kolega mojego brata. Coś mi mówiło, że tamten chłopak już nigdy nie wróci. Niepewnie podeszłam bliżej i usiadłam obok. Łóżko ugięło się pod moim ciężarem, więc Marc na pewno to poczuł, ale nawet nie drgnął. Spojrzałam na jego twarz, tak doskonale obojętną. Dlaczego nigdy wcześniej nie zauważyłam, jakie ma długie rzęsy? - Wciąż tu jesteś? – zapytał, nawet nie otwierając oczu. - Tak. - Mówiłem, żebyś sobie poszła. - Nie, dopóki ci nie podziękuję. - Ok, powiedz ładnie „dziękuję” i znikaj. - Nie wiem, czy zwykłe „dziękuję” wystarczy. Gdyby nie ty, skończyłabym jako pokarm dla rybek…Marc, czy możesz choć otworzyć oczy, kiedy do ciebie mówię? Nie tylko zastosował się do mojej prośby, ale na dodatek podniósł się ze swojego miejsca i nagle okazało się, że usiadłam za blisko. Stanowczo za blisko. Przełknęłam ślinę, kiedy jego twarz znalazła się niecałe dziesięć centymetrów od mojej. Gdzie się podziały te jego przyjazne oczy? Bryłki lodu w jego spojrzeniu zawierały w sobie chyba całą Antarktydę. Przyznaję, przyszłam tu bez jakiegoś konkretnego planu, jak ma przebiegać rozmowa pomiędzy nami. Teraz uświadomiłam sobie, że to był duży błąd z mojej strony. Potrafiłam dogadać się z chłopakiem, którego znałam, od kiedy jako młodzik zaczynał grać z moim bratem w jednym klubie, ale ten mężczyzna siedzący obok mnie był mi obcy. - Przepraszam – wykrztusiłam – za to, co się stało w holu. Za to, że przeze mnie nadstawiałeś karku, żeby uratować moją nędzną osobę. Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałam, tam, w wodzie. Myślałam, że już po mnie. Gdyby nie ty… Nie wiem, które z nas pierwsze pochyliło głowę, ja, czy Marc. Chyba oboje w tym samym momencie. W jednej chwili kajałam się przed nim, a w drugiej całowaliśmy się jak szaleni. Jak dwoje kompletnych wariatów… Jego skóra pachniała słońcem i morską wodą. Tym chętniej odkrywałam każdy jej fragment. Marc nie pozostawał mi dłużny. Jego ręce bardzo szybko zawędrowały pod moją koszulkę. Coraz wyżej i wyżej… - Nie… Otworzyłam oczy, starając się wrócić do rzeczywistości. Ręce Marca znieruchomiały gdzieś na wysokości mojego pępka, jego twarz znajdowała się w okolicach mojego ucha, które przed chwilą całował. I nagle przestał… - Nie możemy, Axe. Ja nie mogę. - Nie możesz, czy po prostu nie chcesz? Wróciłam z takim hukiem na twardą ziemię, że aż dziwiło mnie, że nie słyszę, jak się zatrzęsła od uderzenia mojego tyłka. I wróciła mi też świadomość tego, co się właśnie stało. Co mogło się stać. Skuliłam się na połówce łóżka, niezdolna do niczego. Właściwie powinnam teraz wstać i wyjść. Schronić się w swoim pokoju i rozpamiętywać swoją porażkę. Nie ruszyłam się z miejsca. - Mogłam cię posłuchać – wymamrotałam w poduszkę – powiedzieć grzecznie „dziękuję” i po prostu wyjść. Byłoby prościej. Marc położył się obok, ale nawet najmniejszy skrawek naszych ciał się nie dotykał. Tak blisko a tak daleko… Zaczerpnęłam tchu, starając się zdusić tę nagłą, palącą potrzebę, żeby go dotknąć. - I co teraz? Udajemy, że nic się nie stało? Zapominamy? Czekałam, aż mi odpowie, powie cokolwiek, ale jedyne, co słyszałam, to jego cichy oddech i szum klimatyzacji nad naszymi głowami. - Marc? - Udawać mogę, w końcu udaje mi się to już tyle czasu, że prawie się do tego przyzwyczaiłem. Ale zapomnieć będzie ciężej. Nie wymagaj ode mnie więc, żebym zapomniał, co się dzisiaj stało. Dziewczyna, w której się zakochałem, znalazła sobie innego. Potem o mało nie umarła, a ja o mało nie umarłem za strachu o nią. Sprawiła, że przez chwilę byłem najszczęśliwszym facetem na świecie. Chwila jednak minęła, a my znów wróciliśmy do punktu wyjścia, gdzie ona jest poza moim zasięgiem, a ja jestem tylko kolegą jej brata. I cześć pieśni… Położyłam mu palec na ustach, i przysunęłam się bliżej. Chyba mogłam, skoro właśnie wyznał mi miłość, prawda? Marc był chyba innego zdania, bo leciuteńko się odsunął. - Axe, ja nie jestem z kamienia… - Mam nadzieję – tym razem zdusiłam protest w zarodku, kiedy nasze wargi się spotkały – przestaniesz w końcu wygadywać takie bzdury. Choć akurat to, co mówiłeś na początku, było bardzo ciekawe. Opowiesz mi jeszcze coś o tej dziewczynie, w której się zakochałeś? Ona z pewnością chętnie opowie ci, jaką wielką idiotką była, kiedy pozwalała, żebyś wzdychał do niej na darmo tyle czasu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz